Temu panu już dziękujemy


Najpierw drobne wyjaśnienie. Hasło zawarte w tytule jest grzeczną formułką, którą kibole (nie mylić z kibicami) używają często w stosunku do innych, a brzmiące krótkim słowem zaczynającym się na „w…’” a kończącym na ”…j”. W praktyce oznacza, że adresat tego powiedzenia powinien odejść w trybie pilnym, a w kontekście tego tekstu odnosi się do osoby obecnie sprawującej urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

>Na całym świecie, wszyscy mądrzy i myślący pracodawcy, nie tolerują wśród personelu kogoś, kto nie tylko nie wypełniają swoich statutowych obowiązków, ale - stosując przypisane mu konstytucyjne prawo weta - szkodzi firmie, a do tego spiskuje w ukryciu przeciw zatrudniającemu go. Taki ktoś kwalifikuje się do wyrzucenia na zbitą twarz z roboty – i do tego w trybie pilnym. To nie jest opowieść o zasadach zarządzania w firmach gospodarczych i instytucjach organizacji społeczeństwa. To jest opowieść o naszym polskim folklorze politycznym, w którym pracodawcą prezydenta jest suweren (czyli naród) a obowiązki jego zapisane są w Konstytucji. Polacy to są dziwni, dobrotliwi ludzie. Jak o pracę stara się zwyczajny obywatel, to nakazuje się mu przedłożenie dokumentów stwierdzających przydatność do pracy na danym stanowisku, rekrutujący dokładnie badają jego dotychczasowy staż pracy, analizują predyspozycje osobowe a często nakazują mu wypełniać testy na inteligencję. Ale jak startuje na funkcje publiczne człowiek absolutnie niekompetentny, nie rozumiejący zakresu zadań i odpowiedzialności na danej funkcji publicznej, zasklepiony w swojej nienawiści do myślących odmiennie od niego, mający trudności z przyswojeniem i zrozumiem tekstów przekazywanych mu do akceptacji i, co najgorsze, nie rozumiejący skutków złych decyzji dla kraju, to wybiera się takich ludzi na wysokie i najwyższe funkcje w państwie. W tym konkretnym przypadku wybrano na funkcję prezydenta człowieka, który sam publicznie, na wiecu religijnym kiboli na Jasnej Górze powiedział do uczestników, że „ jest jednym z nich”. I chyba nie skłamał, bo w rzeczywiści zachowuje się w swojej działalności służbowej jak na ”ustawce” kiboli, przeszkadzając Sejmowi i rządowi w porządkowaniu kraju po rządach PiS-u, nie podpisując wniosków mianowania ambasadorów, oficerów, wetując bezsensownie i tylko według własnego „widzimisię” wiele bardzo potrzebnych krajowi ustaw. Nie wspomnę już o zawetowaniu programu SAFE , który to fakt dla bardzo wielu kompetentnych ludzi w Polsce jest zdradą stanu i hańbą urzędu prezydentury.

Przez ostatnie kilka miesięcy zajmowałem się obserwacją naszego „pierwszego obywatela” i jego wypowiedziami na różne tematy. Wnioski? Oceniam go jako osobę nie należącą raczej do czołówki intelektualnej Polski. Mam wrażenie, że prezydent nawet nie przeczytał większości wetowanych ustaw, zadowalając się jedynie opiniami swoich doradców, a ci z kolei, korzystając z autorytetu jego urzędu, realizują swoje odgrywki polityczne (w socjologii praktycznej nazywa się to zasadą, w której „ogon kręci psem”). Jak ocenić fakt, że mając szansę wybicia się na samodzielność i poszanowanie przez naród wstępuje on w rolę marionetki w teatrzyku politycznym Prezesa.

Proszę wybaczyć, ale moja tolerancja w stosunku do osoby pełniącej funkcję Prezydenta już się wyczerpała. Nie będę używał w słowie ani w piśmie potocznego sformułowania grzecznościowego „Panie Prezydencie”. Słowa „Pan” używa się w stosunku do ludzi, których się szanuje. Miejmy odwagę publicznie, chóralnie powiedzieć, jak to jest napisane w znanej bajce dla dzieci, że „król jest nagi”.

Andrzej Krowiak